sobota, 12 października 2013

Tajlandia - Holiday of a lifetime, cz. II Koh Samui


Choć jesień uwielbiam, a zwłaszcza tę polską, złotą, dzisiejszy wpis poświęcę jeszcze słonecznym i egzotycznym wakacjom spędzonym w Tajlandii. W końcu opisana tutaj przeze mnie I część naszej przygody zobowiązuje do napisania kontynuacji.;-) A więc było tak:
Niezwykle intensywnie spędzony czas w Bangkoku dostarczył nam tylu wrażeń, że z chęcią pakowaliśmy nasze plecaki do taksówki. Czas było ruszać dalej, by wygrzewać się w słońcu na ciepłym piasku plaż Koh Samui. Jednak dotarcie na wyspę nie przebiegało tak gładko, jak to sobie wymyśliliśmy. Już we Wrocławiu A. wykupił przez internet bilet na pociąg, który miał nas wieźć całą noc na południe Tajlandii, by rano być już na promie płynącym w kierunku Koh Samui. Ponieważ potwierdzenie zakupu do nas nie dotarło, usiłowaliśmy skontaktować się z agencją pośredniczącą w sprzedaży biletów. Za pierwszym razem się z nami rozłączono, za drugim na szczęście znalazł się ktoś mówiący łamanym angielskim i wytłumaczył nam, że biletów już nie ma. A więc wizja wygodnej podróży w zamkniętym od środka przedziale z kuszetkami okazała się być zbyt idealistyczna. Pozostała nam tymczasem alternatywa dojazdu autokarem. W przewodniku przeczytaliśmy o dworcu autobusowym, z którego odjeżdżają autokary rejsowe do Surat Tani i stamtąd postanowiliśmy jechać. Taksówkarz, który nas tam wiózł, był albo na kokainowym haju, albo naoglądał się zbyt wielu filmów akcji. Myślę, że porównanie przejażdżki z tym miłym panem do tej w filmie "Taxi" będzie właściwe. Gnaliśmy sto na godzinę przez zatłoczone ulice Bangkoku wyprzedzając innych lewym i prawym pasem bez użycia kierunkowskazów. Na wszelki wypadek, gdyby mało nam było adrenaliny, na tylnych siedzeniach usunięto pasy. Ponieważ w swoim życiu przeżyłam już bardzo poważny wypadek samochodowy, w którym otarłam się o śmierć, nie trudno sobie wyobrazić, jak się wtedy czułam. Całą drogę towarzyszyła mi myśl, co mama powie moim bliskim i przyjaciołom. Zginęła jadąc taksówką przez Bangkok. Teraz to może brzmi komicznie, no wiem....:-)
Odetchnęliśmy z ulgą, gdy byliśmy już na miejscu, choć nie trwało to długo. Dworzec okazał się być potężny (90 stanowisk) i bardzo zatłoczony, tak bardzo, że ludzie siedzieli na podłodze. Poza tym byli tam sami Azjaci i z utęsknieniem wypatrywałam europejskich twarzy. To może brzmi dziwnie, jednak pomimo że jestem bardzo otwarta i tolerancyjna, wtedy czułam się nieswojo i modliłam się o to, żeby jechał z nami ktoś - muszę to napisać - biały. Gdy Andrzej już zdobył bilet, okazało się, że jedyne co można na nim odczytać, to numer peronu i godzina odjazdu. Cała reszta, czyli skąd, dokąd i przez co, napisana była już po tajsku. Dość niepewnie zdecydowaliśmy się stanąć na 79 peronie, ponieważ spodziewaliśmy się na nim wreszcie ujrzeć Europejczyków lub Amerykanów. Jak się później okazało, byliśmy tam jedynymi białymi turystami. Później wyczytaliśmy w internecie, że autobusy dla turystów odjeżdżają z innego dworca w Bangkoku. No cóż, przynajmniej mogliśmy z bliska obserwować podróżne zwyczaje Tajów.

Nocny postój

Nasz autobus nie przyjeżdżał, ludzie zaczęli się coraz bardziej denerwować, a z nimi my. Pytaliśmy się wszystkich dookoła po kilka razy, czy to na pewno ten peron i czy na pewno na Koh Samui, ale nikt nie mówił po angielsku. A. biegał od pracownika obsługi do zawiadowcy ruchem i z powrotem, a każdy mówił co innego. W międzyczasie z dworca co minutę odjeżdżały inne autobusy. W końcu z dużym opóźnieniem przyjechał i nasz. Ludzie zaczęli się pchać i na siłę wrzucać walizki do luku bagażowego. Po czym się okazało, że połowa z nich ma jednak wysiadać, co znowu było stresujące, bo nie wiedzieliśmy, czy my też musimy. Poza tym trzeba było znowu wyciągać bagaże i nie wiadomo było, czy ktoś nie zabierze naszych. Musieliśmy pilnować tego na każdym postoju. Na szczęście nas nie wyrzucono z autobusu i ostatecznie potwierdzono, że tym możemy jechać. A więc byliśmy wreszcie w drodze, którą umilał nam tajski film "Virgin I am". Nie rozumiałam ani słowa, co jednak nie było konieczne by połapać się w fabule. Przez pierwszą połowę filmu ona chciała jego, on nie chciał jej, a w drugiej było odwrotnie. Na całej dwunastogodzinnej trasie mieliśmy koło 1:00 w nocy jeden postój. Zatrzymaliśmy się w restauracji przy autostradzie, gdzie po raz pierwszy widziałam tyle rejsowych autobusów w jednym miejscu. Restauracja była ogromną halą z setką stolików i  wyglądała raczej jak obskurna stołówka. Setki Tajów, a wśród nich my, zagubieni, niepewni co nas czeka następnego dnia. Wiedzieliśmy, że autobus jedzie do położonego 60km od wybrzeża Surat Thani, ale czy stamtąd jedzie na prom, czy też jednak będziemy musieli się przesiadać na inny środek lokomocji, już nie mieliśmy pewności. Autobus pędził z taką prędkością, że całą noc nie mogłam zmrużyć oka. Byłam też bardzo podekscytowana i zastanawiałam się, co zastaniemy na miejscu oraz jak będzie dalej przebiegać nasza podróż. Gdy zaczynało świtać, z zaciekawieniem obserwowałam okolicę. Wszędzie widziałam plantacje kokosów i bananów, powoli zaczęły się wyłaniać pokryte zielenią skały, które podziwiałam jeszcze w Polsce na zdjęciach. W jakiejś miejscowości widziałam pana na motorku z małpką na smyczy oraz chłopców na pace jadących pewnie do pracy. Tak, to była ta Tajlandia, którą zdecydowanie chciałam zobaczyć.


W Surat Thani ku miłemu zaskoczeniu okazało się, że autobus jednak jedzie do samej przystani, z której mamy prom na wyspę. Odetchnęliśmy wtedy z ulgą a szczególnie gdy na miejscu dostaliśmy wszystkie nasze bagaże. Z autokaru przesiedliśmy się do małego busiku, który zawiózł nas do przystani na prom. Kurs na Koh Samui trwał 1,5h i ponieważ byliśmy wyczerpani po długiej podróży, zdrzemnęliśmy się na jednej z tamtejszych ławek. Nie mogłam się już doczekać, aż staniemy na jednej z rajskich plaż a przez słomkę będziemy sączyć mleko kokosowe. Prom przycumował do drewnianego pomostu, dookoła same palmy, plaża i nic więcej. Wyspa rzeczywiście sprawiała wrażenie dzikiej. Razem z nami wysiadło kilku równie zdezorientowanych backpackerów i para z małym dzieckiem. Pamiętam, że podziwiałam ich za odwagę, którą trzeba mieć zabierając ze sobą dziecko w taką wyczerpującą podróż. I co teraz? Jak się dostaniemy do hotelu, skoro tu nic nie ma, pomyślałam. Chwilę po tym napadła nas grupka taksówkarzy oferująca transport do hotelu, a ponieważ z forów internetowych, przewodników i od znajomych wiedziałam, że obowiązkowo trzeba się targować, zaczęliśmy walczyć o względnie niską cenę. Udało nam się namówić dwóch młodych Francuzów, którzy przyjechali na fool moon party, żebyśmy jechali razem. Taksówkarz i tak każdemu mówił, że jedzie w ich kierunku, więc bez znaczenia było, czy chcemy się dostać na inną plażę niż oni. W końcu po kilku minutach namysłu i wątpliwości wsiedliśmy do przedpotopowej taksówki. Na głównej drodze panował chaos, wszędzie pickupy i ludzie pędzący na skuterach, ogólnie jeździło się tam tak samo niebezpiecznie jak w Bangkoku. Na szczęście nasze autko ledwo się toczyło, więc nie musiałam się obawiać, że przejażdżka zakończy się tragedią. Wreszcie ujrzeliśmy szyld kierujący do naszego hotelu, zaraz za nim skręciliśmy w wyboistą piaszczystą drogę, otoczoną z obydwu stron palmami kokosowymi i bananowcami. Byliśmy niezwykle ciekawi, co zobaczymy za zakrętem drogi. Wprawdzie hotel na zdjęciach wyglądał ładnie, ale to co ujrzeliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zatrzymaliśmy się przed ogromną kamienną bramą wjazdową do hotelu położonego w samym środku palmowego gaju, z dala od głośnej i ruchliwej drogi. Poczuliśmy wtedy ogromną ulgę i niesamowitą radość, patrzyliśmy na siebie z A. z przyklejonymi na twarzy uśmiechami. Wiedzieliśmy, że to miejsce wynagrodzi nam ciężką i męczącą podróż i nie mogliśmy się już doczekać czystego łóżka i kąpieli. Najmocniej zapadły mi jednak w pamięć miny Francuzów, którzy spodziewali się pewnie chatki na palach lub bungalowu pokrytego liśćmi palmowymi.;-) W sumie wyglądaliśmy na typowych backpackerów, podróżników poszukujących przygody, a tu taka niespodzianka. No cóż, sami byliśmy zaskoczeni, bo za tak małe pieniądze wielkich luksusów się nie spodziewaliśmy.

Przejście do hotelowej recepcji

Gdy tylko wysiedliśmy, zabrano od nas bagaże, zaprowadzono do lounge i podano zimne, orzeźwiające napoje. W tle słychać było tryskającą ze źródełka wodę, poza tym panował tam błogi spokój. Piękna Tajka powiadomiła nas na samym wejściu, że zamiast domku ogrodowego do dyspozycji dostaniemy domek z widokiem na morze i jacuzzi na tarasie. Oczywiście trudno było się na taką propozycję nie zgodzić, choć kompletnie nie rozumieliśmy, czym sobie na to zasłużyliśmy. I znowu czuliśmy się jak książęca para, traktowano nas naprawdę wyjątkowo. Do domku zawieziono nas melexem(dla tych, którzy nie wiedzą, samochodzikiem, który wozi bogatych golfistów :-)). Widok z góry był niezwykły, na dole basen i piaszczysta plaża, po lewej stronie wzgórza gęsto porośnięte palmami. W domku czekało na nas ogromne łóżko udekorowane kwiatami i, co najważniejsze, było tam czyściutko. Byliśmy zachwyceni, po ciężko przepracowanym i niezwykle stresującym roku należała nam się odrobina słodkiego lenistwa w luksusie.

Widok z tarasu pokojowego

Wzięliśmy szybki prysznic i udaliśmy się na zwiedzanie hotelu. No i koniecznie chcieliśmy zobaczyć plażę "Maenam". Hotel piękniej nie mógł być położony, siedząc na basenie znajdowało się właściwie jednocześnie na piaszczystej plaży. Jedynie zejście do wody mogłoby być wygodniejsze, bo był tam dość duży spadek, a z wody wystawały rafy koralowe. Co było przecudowne, to kompletna cisza, na terenie hotelu spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Hotel sprawiał wrażenie pustego, a jak się później okazało, wrażenie takie odnosiło się, bo domki były rozmieszczone na dużym terenie. Aż trudno uwierzyć, że hotel miał wtedy pełne obłożenie.
Już pierwszego dnia spotkała nas miła przygoda. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na buddyjski ślub, który odbywał się na hotelowym tarasie z pięknym widokiem na morze. A ponieważ młoda para nie miała gości, zaproszono nas do uczestniczenia w ceremonii. Trochę się zestresowałam, gdy kazano mi zdjąć buty i podejść do młodej pary z życzeniami. Podano mi złoty dzbanuszek, do którego miałam nalać wody ze źródełka, a następnie polać dłonie młodej parze i złożyć życzenia. Był to również dla nas niezwykle emocjonujący moment.


Już pierwszego dnia udaliśmy się do Chaweng, żeby zobaczyć jedną z najładniejszych plaż na wyspie. Jednak rozczarowaliśmy się widząc na niej tłumy ludzi, namolnych sprzedawców oraz zakłócające spokój skutery wodne. Nie o taką rajską plażę nam chodziło i nie po to przelecieliśmy kawał świata, żeby walczyć o skrawek piasku i kawałek cienia. Wzdłuż Chaweng prowadzi bardzo ruchliwa i głośna ulica, na której jest mnóstwo sklepików i restauracji. To takie polskie Międzyzdroje. Być może plaża jest rzeczywiście taka ładna, jak można przeczytać w przewodnikach, lecz o 5:00 nad ranem. Dużo dobrego słyszeliśmy również o plaży Lamai, jednak w jej przypadku jest bardzo podobnie. Okazało się, że nasza plaża jednak jest najprzyjemniejsza i na niej spędzaliśmy najwięcej czasu. Ja zbierałam muszelki, których w porównaniu do polskich plaż, jest tam mnóstwo, a A. usiłował strącać z palmy kokosy. I raz mu się nawet udało. Ale mieliśmy frajdę, gdy go rozłupywaliśmy. Cieszyliśmy się jak małe dzieci wypijając mleczko przez słomkę. W zasadzie trudno tutaj mówić o mleczku, sama wcześniej nie wiedziałam jak taki świeży kokos smakuje i byłam trochę zaskoczona delikatnym, orzeźwiającym smakiem.


Po wyspie najlepiej poruszać się skuterem lub taksówką, przy czym taksówki wcale tanie nie są, choć można wytargować niższą cenę. Jazda skuterem to lekko ryzykowna sprawa, jak już wcześniej pisałam, kultura jazdy jest tam zupełnie inna niż u nas i mało kto przestrzega przepisy drogowe. Poza tym najmniej bezpiecznie jeżdżą sami turyści, którzy pierwszy raz wsiadają na skuter, są w wyjątkowym miejscu i nagle myślą, że mogą wszystko. Otóż tak nie jest, bo codziennie ginie tam jeden turysta w wypadku drogowym, a wyspa do dużych nie należy. My zaryzykowaliśmy jednego dnia i czuliśmy się bardzo niepewnie, choć dzięki temu mieliśmy okazję pozwiedzać różne plaże i zobaczyć inną część wyspy. Bardzo trzeba jednak uważać na leżący miejscami na drodze piasek, który jest bardzo śliski.


Skusiliśmy się też na przejażdżkę rowerami po głównej drodze, ale to już chyba był najgorszy z możliwych pomysłów. Po pierwsze nikt tam nie jeździ rowerem, bo rowerami według Tajów poruszają się tylko skrajnie biedni ludzie. Po drugie wdycha się ogromną ilość spalin, które aż gryzą w gardło, a po trzecie jest jeszcze bardziej niebezpiecznie niż na skuterze. Dodatkowo gdy po całodniowej wycieczce wróciliśmy do hotelu, moje nogi były całe czarne od sadzy. Po drodze skoczyliśmy zjeść coś pysznego w przydrożnej restauracyjce, choć ciężko mi było nie myśleć o tym, w jakich warunkach jedzonko jest przygotowywane.
Zwykle jedliśmy zielone lub czerwone Curry z kurczakiem, zupkę kokosową lub zupę Tom Yum oraz oczywiście sławne Pad Thai. Choć trwało to tydzień, aż po przygodzie w Bangkoku się przełamałam i postanowiłam spróbować Pad Thai jeszcze raz. I myślę, że żałowałabym, gdybym tego nie zrobiła, bo we wszystkich innych miejscach ta potrawa smakowała przepysznie. Tajskie curry natomiast trochę mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałam się, że w konsystencji jest raczej jak zupa. Poza tym intensywnego smaku nadaje mu tajska bazylia, której Tajowie używają w dużych ilościach. Dodatkowo używa się sporo liści limonki, co też dodaje specyficznego  aromatu i niekoniecznie musi każdemu smakować. Choć muszę przyznać, że dzisiaj miło wspominam tamten smak, a wręcz mi go brakuje.

Red Chicken Curry
Pad Thai

Tajlandia okazała się być rajem dla bezglutenowców, właściwie bez problemu mogłam jeść tam większość dań nie obawiając się w nich glutenu. Do gotowania używa się tam głównie mąki ryżowej, makaron też jest przede wszystkim ryżowy, a chleba się zwyczajnie nie je. Ja na szczęście zabrałam swój.;-) Szczerze mówiąc nie miałam w Tajlandii żadnych problemów żołądkowych, zupełnie nic mi tam nie dolegało i czułam się świetnie. Jedyne smakołyki jakich musiałam sobie odmówić, to naleśniki. Łatwo nie było, bo pani przyrządzała je z bananami, świeżym ananasem, podsmażała i polewała na koniec zagęszczonym mlekiem kokosowym. Mmmm na samą myśl ślinka mi cieknie. Za to mój A. nie miał dla mnie litości i na moich oczach pożerał naleśniki z wielką rozkoszą.


Wszystkim odwiedzającym Koh Samui polecam też targ nocny, który odbywa się raz w tygodniu i za każdym razem przy innej plaży wyspy. Można skosztować tam wszystkich lokalnych specjałów, napić się drinka, kupić różne wyroby ręczne, tanią odzież, jak np. tajskie spodnie lub kolorowe chusty. Myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. My trafiliśmy akurat na występy uczniów zbierających pieniądze na edukację i było to bardzo intrygujące. Mnóstwo kolorów, egzotycznych zapachów, targujący się turyści, tłumy widzów i przebrani za diwy chłopcy tańczący do amerykańskich rockowych hitów śpiewanych przez koleżanki i kolegów z klasy. Czyli pomieszanie z poplątaniem, ale w bardzo pozytywnym sensie.


Koh Samui trochę nas rozczarowała, bo spodziewaliśmy się, że będzie mniej turystyczną wyspą, bardziej leniwą, spokojną. Dla nas panował na niej za duży ruch. Gdyby nie hotel, który był naszą oazą spokoju, cały pobyt na wyspie byłby bardzo męczący. Cieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się zostać tam tylko tydzień, gdyż kolejnych 9 dni zamierzaliśmy spędzić na podobno o wiele mniej rozwiniętej wyspie Koh Phangan. Ale o tym następnym razem. Zapraszam już niedługo do przeczytania ostatniej części o naszej wyprawie po Tajlandii.

Główna droga na Koh Samui







wtorek, 27 sierpnia 2013

Ciasto z kremem malinowym i galaretką




Wieczorny chłód, zimne stopy, rześkie powietrze w nosie.
Ciepły kardigan, jeszcze rozpięty.
Kot na noc wracający do domu, coraz częściej przy misce.
Koce z szaf wyjęte, okno już nie otwarte na oścież, lecz lekko uchylone jest.
Górskie szlaki oblane sierpniowym zachodzącym słońcem czekają, wołają już czas.
Gruszki w trawie, ostatnie maliny na krzaku.
Kochani czy czujecie jesień za plecami??
Idzie wolnymi krokami, skrada się nocą.



Uwielbiam ten czas, jest wyjątkowy, ma w sobie magię, coś niezwykłego.
Wakacje żegnaliśmy wczoraj w rodzinnym gronie pod gruszami.
Choć słonko mocno jeszcze grzało, podmuchy chłodnego wiatru dawały odczuć, że lato powoli ustępuje jesieni. Tym razem zdecydowałam się na malinową rozkosz dla podniebienia. Ciasto bardzo delikatne, słodycz biszkoptu równoważy mocno owocowy krem malinowy pod cienką warstewką galaretki.

Składniki na spód biszkoptowy:
  • 3 jajka
  • 3 łyżki wody
  • 110g mąki
  • 110g cukru
  • szczypta soli

Składniki na krem malinowy:
  • 250g malin
  • 250g serka mascarpone
  • 250g śmietany kremówki 36% (Łowicz w żółtym kartoniku)
  • 5 łyżek cukru pudru

 Ponadto:
  • 100g malin
  • 1 galaretka malinowa lub truskawkowa

Wykonanie:

Piekarnik nagrzać do 180°C. Tortownicę o średnicy 26cm wyłożyć papierem do pieczenia.

Oddzielić żółtka od białek uważając, aby do białka nie dostało się żółtko. Białka ubić z solą na sztywną pianę. Dalej ubijając, stopniowo dodawać cukier, po jednym żółtku i łyżce wody. Miksować do wyczerpania składników. Następnie do masy jajecznej partiami dodawać przesianą mąkę delikatnie mieszając ją łyżką. Masę należy mieszać tak, aby z mąki nie tworzyły się grudki.
Ciasto wylewamy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy na ok. 25 min do piekarnika. Pod sam koniec pieczenia otwieramy piekarnik, aby patyczkiem sprawdzić, czy biszkopt się upiekł. Jeśli patyczek po wbiciu w ciasto jest suchy, biszkopt jest gotowy.


Maliny rozgnieść dokładnie widelcem i lekko odcisnąć na sitku, tak aby oddzielić od nich sok, który wykorzystamy do nasączenia biszkoptu. Serek mascarpone krótko wymieszać mikserem z 5 łyżkami przesianego cukru pudru i połączyć z rozgniecionymi malinami. Dobrze schłodzoną śmietankę ubić na najwyższych obrotach miksera i stopniowo dodawać do serka delikatnie  mieszając łyżką. 
Biszkopt nasączyć sokiem z malin wymieszanym z łyżką cukru i posmarować kremem, na kremie ułożyć owoce i w stawić do lodówki. W tym czasie zalać wrzątkiem galaretkę. Użyłam 100ml wody mniej niż zalecane na opakowaniu. Ostudzoną galaretkę wstawić do momentu lekkiego stężenia do lodówki. Wyjąć ciasto i łyżką rozprowadzić na całości galaretkę. Wstawić ponownie na godzinę do lodówki.
Po posmarowaniu spodu kremem, na ciasto najlepiej założyć z powrotem obręcz, która nie pozwoli wyciec galaretce.


piątek, 23 sierpnia 2013

Tajlandia – Holiday of a lifetime, cz. I Sawasdee ka Bangkok!




No i wszystko się wydało. Już wiecie, czym spowodowane jest długie milczenie i brak wpisów na moim blogu. Wakacyjna atmosfera na Mariolkowym to wynik naszej szalonej i spontanicznej podróży poślubnej do kraju uśmiechów, w którym nie sposób się smucić i zamartwiać codziennymi sprawami. Tutaj zapomina się o szarej codzienności i towarzyszącemu jej stresie, wszystkie problemy znikają w oka mgnieniu. W naszym przypadku całkowite rozluźnienie nastąpiło po dotarciu do głównego celu, którym była jedna z piękniejszych wysp Tajlandii- Koh Samui. Sama podróż nie należała do najwygodniejszych w moim życiu, a to dlatego, ponieważ zdecydowaliśmy się na wersję „low budged” z plecakami. Pomyśleliśmy, że oszczędzając na podróży, będziemy mogli bardziej zaszaleć z noclegami i skosztować trochę rajskiego luksusu. Tani bilet wiązał się jednak z dojazdem bladym świtem z Wrocławia do Warszawy, przesiadką w Katarze oraz Bangkoku, gdzie zamierzaliśmy spędzić 3 dni, a następnie całonocną podróżą pociągiem około 700 km na południe, by w Surathani przesiąść się na prom na wymarzoną wyspę Koh Samui. Brzmiało intensywnie, choć wykonalnie i tak też było, aczkolwiek bez stresu się nie obeszło. Sam przelot był ok, żadnych turbulencji, zaginięcia bagażu, spóźnionych lotów etc. Dzięki świetnemu zmysłowi orientacji oraz organizacji mojego A. poradziliśmy sobie również dobrze w Bangkoku i z kilkoma przesiadkami dojechaliśmy pociągiem i sky linem do przystani, z której odbierała nas łódź należąca do hotelu. Za każdym razem, gdy wsiadaliśmy na łódź, dawano nam mokry, zimny, zwinięty w rulonik ręczniczek do wytarcia dłoni i twarzy oraz szczelnie zamknięty kubeczek z wodą mineralną i słomkę.

Jedna z hotelowych łodzi na Chao Phraya
Tramwaj wodny na Chao Phraya

 Uff, do pierwszej destynacji jakoś poszło, byliśmy na miejscu, w hotelu, który nas miło zaskoczył. Na samym wejściu upgrade pokoju, przemiła obsługa, traktowano nas niemal jak parę książęcą. Z lekkim przerażeniem patrzyłam na klęczących przy nas oraz składających ręce jak do modlitwy pracowników recepcji. Z niedowierzaniem szepnęłam A. do ucha, czy dobrze sprawdził cenę pokoju, bo chyba coś tu się nie zgadza. Może te ceny w Euro były podane?? A jednak nie, wszystko jest jak być powinno. Co za ulga i jakie miłe zaskoczenie. Ponieważ na check in musieliśmy poczekać, poszliśmy rozejrzeć się po okolicy, zostawiając bagaże. Pierwsze wrażenia to mieszane uczucia. Obok slamsów wypasione hotele, kolorowe zdobione złotem świątynie, główna ulica brudna, głośna, mieszanina egzotycznych zapachów, kanalizacji i rozkładających się śmieci. Wszędzie tuktuki, skutery, bezpańskie psy a nad głowami plątanina zwisających kabli.  I brudno, lepko, brudno i lepko. Gdyby nie A. o mały włos kierowca taksówki nie przejechałby mnie na przejściu dla pieszych. Dziko, egzotycznie, inaczej, obco. Matko gdzie my pojechaliśmy, pomyślałam, teraz będziemy musieli to jakoś przetrwać.  Po powrocie ze zmęczenia zasnęłam oczekując na klucz do pokoju na hotelowej ławce. 


Po lewej kierujący ruchem, po prawej hindus usiłujący wyjść z wodnej taksówki

Po check in szybki prysznic, zmiana ciuchów i oby się nie położyć i nie zasnąć, bo do zmiany czasu się nie przyzwyczaimy, a więc dalej w miasto. Na łódź hotelową i nasza pierwsza dłuższa przejażdżka po Chao Phraya, rzece, na której odbywa się główny ruch, pływają po niej taksówki, tramwaje wodne, pospieszne, promy pasażerskie, łodzie hotelowe, barki i bóg wie, co jeszcze. Pierwsze wrażenie, to jeden wielki chaos, głośne silniki przybijających i odpływających łodzi, gryzące w gardło spaliny, trzeszczące oraz chyboczące się metalowe pomosty i głośne gwizdy kierujących ruchem. Czasem wyjście lub wejście do jednej z takich łodzi to nie lada wyzwanie, bo łodzie są dość nisko i bujają na wzburzonej wodzie, a pomost, który jest wysoko, również się kołysze.  Poza tym cumujące łodzie z impetem uderzają o podest i ciężko utrzymać równowagę. Nie u jednego turysty widziałam strach w oczach.;-)

Jedna z przystani na Chao Phraya

 Jednak dużą zaletą tego miejsca jest to, że po Chao Phraya w sumie porusza się najszybciej i w ten sposób najłatwiej można dotrzeć do wszystkich głównych zabytków Bangkoku. W sprzedaży są jednodniowe bilety za 150Bath(około 16zł) dzięki którym dostaniemy się wszędzie tam, gdzie warto się pojawić. Teraz, z perspektywy czasu patrząc, nie wyobrażam sobie nie przepłynąć się łodzią po Chao Phraya będąc pierwszy raz w Bangkoku i uważam, że jest to absolutna konieczność.:-) 

Ruch na Chao Phraya

Potwornie zmęczeni i okrutnie głodni postanowiliśmy znaleźć coś pysznego do jedzenia, tym bardziej, że tajskie smaki nie są nam obce, a wręcz je uwielbiamy. Po drodze widzieliśmy słynne kuchnie uliczne, o których wiele dobrego słyszeliśmy. Jednak ich widok na żywo nie do końca mnie przekonywał. Gdy zobaczyłam, w jakich warunkach przygotowywane jest tam jedzenie, bez dostępu do bieżącej wody, w upale, dookoła latają muchy, a w dodatku sprzedawca wszystko dotyka rękami, których nie ma gdzie umyć, a którymi jednocześnie przyjmuje i wydaje pieniądze, to po raz kolejny zwątpiłam.;-) Przecież mama tłukła mi od dziecka do głowy, że po pieniądzach myje się ręce, a choroby brudnych rąk są najgorsze z najgorszych!!! Robaki i inne zarazy będę mieć. I jak tu teraz jeść???No jak??? A. się skusił na mięsko z patyka, robione na grillu. Postanowiłam go obserwować i patrzeć czy nie zielenieje, a tym czasem dla mnie zdecydowaliśmy się poszukać bardziej cywilizowanego miejsca. I znaleźliśmy restaurację w centrum handlowym, takim wypasionym z Pradą itp. Bo takie centra też tam są, tak. Same tajskie dania, super, ucieszyłam się. Zamówiłam oczywiście Pad Thai, bo jak w Tajlandii jestem, to przecież tylko tajskie będę jeść. I słuchajcie, pierwszego kęsa nie byłam w stanie przełknąć, musiałam przy wszystkich ludziach wypluć w serwetkę, bo inaczej zwymiotowałabym. :-D Czegoś tak ohydnego nie jadłam w całym swoim życiu. Ja wiele jestem w stanie zjeść, albo zmusić się do zjedzenia, ale to było tak wstrętne, że nie dałam rady, serio. Było tam pół cukierniczki i jakaś przyprawa, która smakowała gorzej niż trup a w dodatku nim śmierdziała. No to miałam swoją higienę. 

Popularna kuchnia uliczna

Podobną anegdotę mogę opowiedzieć o stoiskach ze świeżymi owocami, które są obierane i cięte w kawałki przez osobę sprzedającą, a następnie sprzedawane w woreczkach z długim drewnianym patyczkiem do nakłuwania. Takich miejsc jest sporo, można tam dostac guave(patrz zdjęcie), ananasa, arbuza, papaję lub mango.  Jednak warunki sanitarne tych miejsc, jak już wiecie, pozostawiały wiele do życzenia. Poza tym w każdym przewodniku, na każdej stronie internetowej i na każdej ulotce jest napisane: nie jeść surowych owoców ani warzyw i nie pić z lodem!!!! W związku z tym nie mogłam się zdecydować. Jednak, gdy nagle ujrzałam stoisko, przy którym stała pani z rękawiczką i w tej rękawiczce obierała mango a wszystko wyglądało aż newiarygodnie sterylnie, postanowiłam się odważyć. A że uwielbiam owoce i ich tak wyczekiwałam, nic mnie już nie mogło powstrzymać. Postanowiłam więc spróbować guavę i gdy przyszło do płacenia, pani sprzedawczyni tą swoją sterylną rękawiczką wydała mi resztę. I wtedy zwątpiłam po raz kolejny. ;-)

Opisana przeze mnie sterylnie czysta rękawiczka
Guava, której smak przypomina połączenie gruszki z jabłkiem

 A więc nie ma co się łudzić, osoby poszukujące nieco bardziej higienicznych zakątków Bangkoku, tudzież Tajlandii, pewnie takich tam nie znajdą. Jeśli nie jesteście w stanie powiedzieć sobie, teraz zapominam o wszystkich zasadach higieny, które dotychczas wpoiła mi mama, zapomnijcie o Tajlandii. To nie jest kraj dla wszystkich, tylko dla tych, którzy łatwo potrafią się dostosować do nowych warunków i jednocześnie będą się czuć z tym dobrze, czyli w żaden sposób nie będą czuć się przez to ograniczeni. Takie uczucie towarzyszyło mi w Tajlandii przez dwa pierwsze dni pobytu, jednak wytłumaczyłam sobie, że długo tak psychicznie nie dam rady i wyluzować muszę, bo takim pięknym i niezwykle ciekawym miejscem na ziemi trzeba się cieszyć i chłonąć każdy jego skrawek. Mimo wszystko oczywiście rozsądnie jadłam, piłam i rozkoszowałam się naszymi wakacjami, tak, aby nie kusić losu.

Tea time w naszym hotelu w Bangkoku, od lewej dragon fruit, arbuz, papaja, ananas

Następnego dnia po 12 godzinach snu tajski świat już wyglądał zupełnie inaczej, nagle nabrał barw i nie sposób było skupić się przez dłuższą chwilę na jednej rzeczy, na każdym kroku coś innego budziło naszą ciekawość, zaskakiwało nas, zupełnie jak byśmy odkrywali na nowo świat. Zakupiliśmy więc całodniowy bilet na łódź turystyczną i najpierw popłynęliśmy do Świątyni Wat Arun, która nam się wyjątkowo podobała, a w której nie było aż tak tłoczno jak w pozostałych. Wdrapanie się na górę po praktycznie pionowych schodach wymagało sporej odwagi, a co dopiero zejście, nogi się uginały patrząc w dół. Zwiedzając świątynie w Tajlandii trzeba pamiętać o odpowiednim ubraniu, zakrywającym ramiona i kolana. Ja musiałam założyć wypożyczone na miejscu okrycie, które przede mną miało na sobie jakieś 50 000 osób. A i jeszcze jedna rzecz. Z jednej strony Tajowie nie przejmują się brudem, z drugiej przed wejściem do świątyni, restauracji czy sklepu należy ściągać buty. :-) Ciekawe prawda?

Świątynia Wat Arun
Strome schody w Świątyni Wat Arun

Polecam koniecznie również zobaczyć świątynię Wat Pho i Pałac Królewski, są to duże kompleksy, na które trzeba przeznaczyć kilka godzin. Nam zwiedzanie zajęło cały dzień i strażnik z pałacu musiał nas wyganiać, bo tak ciężko nam było stamtąd wyjść. Mogłabym tam robić zdjęcia bez końca, tak jak Chinki, które chciały się sfotografować ze mną i moim A. mówiąc "you're so handsome, you're so handsome".:-)
Trzeciego dnia czekała nas kolejna przygoda, czyli dojazd z Bangkoku na Koh Samui. Ale o tym będzie w moim następnym wpisie, który mam nadzieję, ukaże się szybciej niż obecny.;-)